„Maratoński debiut na spontana”

 

Nieplanowany, spontaniczny i szalony – tak bym określiła mój debiut na dystansie maratonu w 29 Sudeckiej Setce – najstarszego nocnego ultramaratonu w Polsce /21-22.06.2017r./. Zapisałam się na listę startową we wtorek wieczorem, zaledwie trzy dni przed startem. Rano kac moralny i przekleństwa „o ku…. co ja narobiłam…” Bez typowych technicznych treningów. Bez doświadczenia. Po prostu bez myślnie. Pod wpływem impulsu.

Początek tego górskiego biegu jest wyjątkowy i niepowtarzalny, gdyż rozpoczyna się na Rynku w Boguszowie-Gorcach, który jest najwyżej położonym rynkiem w Polsce (592 m n.p.m.). Start o godz. 22.00. w piątek, na scenie koncert, głośne odliczanie uczestników i kibiców 10, 9, 8……, wycie syren strażackich, pokaz sztucznych ogni, które z hukiem strzelały tuż nad głowami… Pierwszy kilometr wokół ryneczku. Spokojnym tempem z „głową do góry”.

W tym dniu pogoda była do zaakceptowania, choć bezwietrznie, miejscami duszno i gorąco ale przynajmniej nie padało….

Trasa prowadzi przez najważniejsze szczyty tamtego regionu: Mniszek, później Trójgarb, Chełmiec.. Na szczęście ostatnie kilometry to głównie zbiegi z delikatnym podejściem do boguszowskiego stadionu na upragnioną metę. Stadion ten jest także najwyżej położonym stadionem w Polsce.

Łatwo nie było. Brak przygotowania technicznego. Pierwszy w życiu bieg nocny. Nawet nie liczyłam na taki wynik 05:55:30, 153 mc open (na 231) i 10 mc w kategorii wiekowej K30 na 20.

Organizacja biegu – perfekcyjna, punkty zaopatrzone we wszystko pod dostatkiem, ogniska na każdym punkcie… mnóstwo wolontariuszy, gitary, śpiew… doping… Wspaniała atmosfera – która wywoływała ciarki na mojej skórze, widać, że jest to duże wydarzenie dla tego miasta. Wielkie gratulacje dla organizatorów.

Tego biegu nie da się opisać to trzeba przeżyć. Szczerze powiem, że w takich chwilach człowiek czuje się jak zawodowy sportowiec, jakaś gwiazda, momentalnie nic nie boli, nie czuć zmęczenia, tylko wielką radochę i dumę, że się jest uczestnikiem tego całego show. Dla takich momentów warto trenować! Pragnę tam wrócić za rok, może z Tobą Kasiu? 😉