MÓJ PIERWSZY START…

Wczorajszy bieg… Podczas zapowiedzi organizatorów czuję jak na moim ciele pojawia się gęsia skórka… Słyszę o wzniesieniach, znienawidzonych przeze mnie polnych drogach… Dowiaduję się, że mega wysokie schody, po których wspinałam się dziś aby dotrzeć na miejsce biegu, są końcowym elementem naszego wyścigu… Serce podchodzi mi do gardła. Myślę sobie, że jestem amatorką. Biegającą po w miarę równych, prostych drogach… A tu okazuje się, że będę biec w szczerym polu, po wzniesieniach. Na koniec te schody… Na dodatek słońce przypieka. Pogoda piękna, ale w terenie pozbawionym jakiegokolwiek cienia, w biegu – to istne cierpienie…

Może zauważyliście, że numer startowy jest inny, niż na poprzednich fotkach z FB. Na parę minut przed biegiem, stojąc już przy linii startu, dowiaduję się, że dostałam błędny numer, który należał do niejakiego Wiesława? Gorączkowa zmiana i przypinanie prawidłowego numeru, montowanie chipa do buta… Znów gotowa! Nagle zauważam, że mam źle założone słuchawki od MP3, a bez muzyki bieg w takich warunkach jest dużo trudniejszy! Muzyka dodaje tempa, pozwala uciec myślom od zmęczenia… Zaczynam majstrować przy MP3, a tu słychać wystrzał świadczący o tym, że mam ruszać!!! Grzebię przy sprzęcie, biegnę, uruchamiam endomondo… Uruchamiam, uruchamiam… Nic nie widać na wyświetlaczu telefonu… Staram się być opanowana i na spokojnie wszytko ogarniać. W końcu endomondo działa. Biegnę więc wśród pędzącego tłumu.

Biegnę, biegnę ICH tempem!!! Wiem to po przeanalizowaniu wyników na endomondo, już po biegu. Mój standardowy, dobry czas przy rozpoczęciu biegania to około 5,40 minut na km., a tu okazało się biegłam 4,40… Po ponad kilometrze czuję się wyczerpana. Nie wiem co się dzieje. Myślę, że jestem do d… Że się nie nadaję do tego biegu… Że to nie moja bajka… Bo jeszcze nie jestem gotowa. Nie nadaję się. Nie dam rady. Ten skwar. Pola, pola, pola, pagórki!!! Jak to ogarnąć. Usta już są suche… Zwalniam, zaczynam maszerować… Myślę o bliskich, którzy czekają na mnie na mecie… Myślę o słowach wsparcia, które dostałam na FB, IG… Myślę w końcu o sobie… Że tak mam. Że mówię czasem, że mam dosyć, ale w 95% zawsze się ogarniam!!!

Zaczynam rozmowy z samą sobą. Kaśka – potrafisz! Do dziś nie dałaś podczas biegania całej pary z siebie. Najwyższa pora zmierzyć się z pagórkami! Nie patrz na innych. Nie patrz na tych, co przed Tobą, nie oglądaj się za siebie! Przypomnij sobie jak biegasz samotnie, podczas treningów. Łapiesz tempo! Wyrównujesz oddech! Jesteś tu po co? Pobić swój rekord czasowy? W znienawidzonych polach? Na tych wzniesieniach? Na tych górkach? W tym skwarze? Przed chwilą myślałaś, że nie dasz rady! Ogarnij się! Jaki jest twój CEL? DOBIEC do mety!!! Jaki jest twój CEL? DOBIEC do mety!!!


No i zaczęło się, wyrównanie tempa i oddechu. Oblizywanie spierzchniętych ust… Skupianie się na odcinkach trasy. Dobieganie do widocznych punktów, podzielenie trasy na etapy, nie skupianie się na tym, że jest jeszcze przede mną tyle i tyle kilometrów! Dobiegnę do tego zakrętu! Na tą górkę wejdę, nie wbiegnę – bo przede mną jeszcze kilka km, nie będę kozaczyć, bo braknie mi sił na resztę biegu! Biegacz, który jest tuż obok, mówi – zaraz przy tym drzewie będzie woda! Nawet nie wie, jak bardzo dodał mi tymi słowami sił. Jestem Jemu za nie bardzo wdzięczna. Jedyne co potrafiłam zrobić to unieść swój kciuk w górę. Zero słów i uśmiechu…

Rzeczywiście. Na 3 km biegu była podawana woda! Matko!!! Widok tego miejsca!!! Znów oblizuję suche wargi! Dobiegam, biorę kubek. Ręce się trzęsą. Nie potrafię pić. Zwalniam do marszu, rozchylam usta. Dużych łyków zwyczajnie nie potrafię zrobić. Nabieram kilka małych łyczków, reszta wody ląduje na moich ramionach, a pusty kubek w trawie. Skwar… Pocieszająca nagroda za mną… Kolejne km przede mną… Zero cienia… Pagórki… Biegnę. Technika się sprawdza. Daję radę. Gdzie trzeba zwalniam do marszu i duże wzniesienia pokonuję w ten sposób. Potem trochę trudno wrócić do swojego tempa…

Wbiegam na asfalt. Pojedyncze domy. Pojedyncze skrawki cienia. Napawam się nimi. Sucho, sucho w ustach… Nagle widzę przed sobą szansę. Mieszkańcy jednego z domów wystawili stolik. Widzę jak trzymają w rękach kubki i butelkę wody. Dobroczynnie szykują ją dla biegaczy! Nadzieja!!! Wołam: PIĆ! PIĆ!!! Jestem tuż obok… Butelka jeszcze nieodkręcona… Gorączkowo przy niej majstrują… Nie mam czasu na zatrzymywanie się, stracę tempo, siłę, motywację. Zatrzymywanie się i czekanie nie jest dobrym pomysłem. Sucho, sucho w ustach… Skwar… Za jakiś kilometr powinien być kolejny oficjalny punkt z wodą…. To tylko kilka minut…

Biegnę. Myślę. Walczę. Matko!!! W co ja się wpakowałam. Świadomość, że więcej za mną niż przede mną dodaje mi sił. Woda! Jest woda! Zwalniam, popijam, chlup na ramiona! Jeszcze ze 2 km i będę na miejscu! Zbieg ze stromej górki! Niby z górki, ale tak naprawdę trzeba hamować. Bolą mięśnie…
W połowie górki oba buty rozwiązane… Najwyższa pora na wyszeptanie niecenzuralnego słowa… STOP. Buty zawiązane. Biegnę dalej… DAM RADĘ! DAM RADĘ. Ajjj. Ciężko jest. Siły resztkowe… Myślę o tych masakrycznych schodach, które mnie czekają… Może to był żart??? Może wcale po nich nie mamy wbiegać??? Biegnę z nadzieją w głowie… Pan kierujący trasą wskazuje na schody!!! Nieeeeeeeee!!!! Trudno. To końcowy etap. Nie mam innej opcji. Trzeba je pokonać. Wchodzę na co drugi stopień, o wbieganiu nie ma  mowy… Potem marsz i powrót do biegu. Dwa ostatnie zakręty przede mną. Pod górę. Ciągle pod górę.

Ostatnie minuty. Tyle dałam radę, teraz już nie ma innej opcji. Zakręt. Ludzie dookoła. Motywujący! Pocieszający! Widzę linię mety! Jest tam! Na końcu tego podbiegu!!! Rozglądam się oczami, bo głowy nie mam siły obracać… Widzę moich bliskich! Wołają mnie! Dopingują. Nie mam siły pomachać, krzyknąć. Oszczędzam ostanie zapasy energii na dobiegnięcie i mega przyspieszenie. Mega w moim mniemaniu 😉 Daję z siebie wszystko co potrafię! Jestem! Mijam linię mety. Są bliscy. Szeptem mówię: pić. Nic więcej nie potrafię powiedzieć. Piję, piję, piję… Zapominam, że obok jest mój mały dzieciak. Puszczam całą litanię niecenzuralnych słów…