POPRZECZKA

Jak to jest? Robisz coś i myślisz – cholera, jeszcze tyle nie zrobiłam/zrobiłem. Nie wyszło tak jak chciałam. Znowu z czymś nawaliłem. Mogłam zrobić to lepiej, więcej, szybciej, inaczej…

STOP. Zatrzymaj się. Zastanów, czy idziesz dobrą drogą… Czy nią chcesz nadal podążać… Potrafimy się obwiniać, potrafimy nie doceniać, wyciągać wszystkie niedociągnięcia. A przecież… Przecież można zupełnie inaczej. Zmienić punkt odniesienia, zaczepić się o własne sukcesy. Nie muszą one być spektakularne!

Z takim właśnie nastawieniem zaczęłam swoją PRAWDZIWĄ przygodę z bieganiem. Kiedyś myślałam: MUSZĘ! Muszę biegać, muszę umieć przebiec od razu konkretny dystans, muszę być najlepsza. Nie mogę się poddać… Nie było szansy na sukces, bo sama ją sobie odbierałam – stawiając za wysoko poprzeczkę. Wstydząc się, że nie potrafię być TAKA dobra, że nie mam kondycji, że nie mam spektakularnych efektów. Po pierwszych próbach czułam się przegrana. I odpuszczałam.

W końcu zrozumiałam, że na wszystko potrzeba czasu. Że warto szanować siebie i swój organizm i pozwolić sobie na to, aby osiągnąć swój cel w swoim tempie, na warunkach dogodnych dla siebie! Nie muszę od razu biegać, śmigać, pokazywać jaka jestem „zajebista”, a potem padać nieprzytomna… I zaczęłam, rozpoczęłam treningi od poziomu „przedszkolaka”. 5 minut marszu i 1 minuta biegu. Przestałam przejmować się mijanymi sportowcami, którzy biegali, tak prawdziwie biegali… Przestałam myśleć o tym, że nie jestem TAK DOBRA. Pomyślałam – jestem świetna! Jestem świetna bo CHCĘ! Jestem świetna bo PRÓBUJĘ! Jestem świetna bo ZROBIŁAM PIERWSZY KROK. Jestem lepsza, niż byłam, bo już nie siedzę i nie myślę o tym, co mi przeszkadza w podjęciu decyzji o zmianach, tylko ruszam DO BOJU!

Od tamtego dnia minęły 4 miesiące. Wciąż biegam. Pozwoliłam sobie na trzymanie się spokojnego planu treningowego, pozwoliłam sobie zwolnić, czasem przemaszerować, jeśli czułam, że jest za ciężko. Pozwoliłam sobie „być słabą”, aby być SILNĄ! Dziś przebiegłam 7 km. Jedni powiedzą, że dużo, inni, że PIKUŚ… Zajęło mi to 50 minut. Nie jest to wyczyn na miarę profesjonalnego sportowca. Dla mnie to mój osobisty sukces. Przestaję patrzeć na ten efekt w kategorii – inni potrafią lepiej. Ja potrafię to zrobić. Przetrwałam 4 miesiące! Potrafię biec 50 razy dłużej niż na początku mojej drogi. Wciąż chcę! Czuję radość! Satysfakcję! Zrobiłam to w moim rytmie, na takich warunkach, które dały mi szansę dobrnąć do tego etapu!

Takie podejście tyczy się nie tylko sportu. Wprowadzam je w wiele aspektów mojego życia. Patrzę ile zrobiłam, a nie ile jeszcze POWINNAM zrobić. Nie oznacza to olewki i pobłażliwego podejścia do siebie. Nie oznacza odpuszczania sobie ambitnych celów. Oznacza jednak zrozumienie, że warto siebie doceniać, zauważać małe kroczki, małe sukcesy, które prowadzą nas do tych większych. Pozwalaj sobie na chwile słabości, odpuszczaj na chwilę, jeśli czujesz, że coś naprawdę Cię przerasta. Daj sobie czas na podładowanie baterii. Nie porównuj się do innych! Każdy z nas jest zupełnie odrębną osobowością, organizmem, człowiekiem. Nie stawiaj sobie za wysoko poprzeczki! Dostosuj ją do siebie!!!