V BIEG TARNOGÓRSKI

„V Bieg Tarnogórski” przeszedł już do historii… Miałam okazję uczestniczyć w nim w roli sponsora, jak również zawodnika.

Przyznam szczerze, że trząść portkami zaczęłam już na tydzień przed zawodami… Do tej pory w moim życiu udało mi się przebiec dystans 10 km tylko raz. Niesiona pozytywną energią postanowiłam zrobić kolejny krok i podnieść sobie poprzeczkę… Podczas biegu czekała na mnie „wspaniała” niespodzianka… To jest już chyba tradycja 😉 (jeśli czytałeś już mój wpis o „II Biegu O Złotą Kaczkę” to pewnie pamiętasz mój opis ukochanych, stromych i wysokaśnych schodów…).

11

Dzień piękny, słoneczny. Dużo uśmiechniętych twarzy… Do startu coraz bliżej… Adrenalina rośnie, nerwowe podniecenie daje o sobie znać… Zgodnie z zapowiedzią rozpoczyna się profi rozgrzewka. Prowadzona przez wysportowaną Joannę Zomerfeld. Przyznam się bez bicia, że moja amatorska rozgrzewka przed bieganiem polega głównie na 2 minutowym marszu. No cóż, najwyższa pora nauczyć się bardziej profesjonalnego podejścia do tematu. Z dużą dawką optymizmu rozpoczynam rozciąganie. Po paru minutach ćwiczeń w pełnym słońcu czuję, że moje mięśnie ud zaraz rozerwą się na kawałki, gacie od napiętych pośladów pękną, a ja stracę przytomność… I tyle będzie z mojego biegu… Odpuszczam…

Nadchodzi pora na zajęcie miejsca przy linii startu. Jest to mój drugi udział w zawodach biegowych i tym razem wiem, że nie ma sensu stawać przy samym starcie… To nie miejsce dla takiej amatorki 🙂 START. Przebieram nogami i czuję w udach piekący ból. Rozgrzewka rzeczywiście rozgrzała moje mięśnie… O Matulu!!! Czuję je wszystkie. Trudno… Chciałaś – to masz… Teraz ciśnij babo 10 km!!! Więc baba ciśnie… Ciśnie w swoim tempie, bo po ostatnim biegu wie, że za szybki start może wyczerpać.  I baba już wie, że na 3 km pojawi się kryzys bo baba już tak ma… Wtedy warto zajrzeć w głąb swojego umysłu i porozmawiać z samą sobą. Dyskutuję więc, tłumaczę, podśpiewuję, zabraniam, chwalę, pozwalam… Rozmowa odbywa się właściwie na całej trasie. Czasem pojawiają się myśli, że jest spoko. Czasem wewnętrzny krzyk CIUPALINA!!! Czasem zerkam na fajne gatki, albo top innej biegaczki 🙂 Czasem maszeruję. I jest mi z tym dobrze… Widok uśmiechniętej rodziny… Pięcioletni synek uderzający patyczkiem o patyczek! Zagrzewający mnie do walki!!! Tak, to daje siłę. I wywołuje gęsią skórkę!!! Czuję to!!!

„Najfajniej” jednak było kiedy wbiegłam na plac zabaw… I zobaczyłam dalszy kierunek trasy… Wbieg pod górkę i zbieg z górki… Taką fajną górkę… Zajebistą… Do zjeżdżania na sankach, albo nartach… Albo do turlania się… Dłuuuuuugiego turlania…. Kolejny raz okazało się, że udział w poprzednim biegu pomógł mi zmierzyć się z takim wyzwaniem. Kaśka!!! Nie ma bata!!! Wchodzisz!!! Nie biegniesz!!! No i Kaśka wchodzi, szybkim tempem. U góry wolontariusze motywują zawodników do pokonania górki! Walą w bęben, krzyczą, zagrzewają do walki! Potem napinka mięśni podczas zbiegu (budzi się wspomnienie wspaniałej rozgrzewki).

I nagle rodzi się myśl – „lalalalalala, hopsasa, hopsasa! Będę jeszcze 2 takie kółka biegła. Tralala, tralala. Górka na mnie więc czeka…”.

Po drodze kilka zwolnień, przyspieszeń, marszów wyrównujących oddech. Próba utrzymania równego tempa. Dziki szok, gdy za plecami słyszy się kogoś pędzącego i ryczącego „LEWOOOOOOOO”. Tak. To na bank był Struś Pędziwiatr!!! A Ty babo dalej sobie tu przebieraj kopytkami. W swoim tempie… Drugie kółko było chyba najtrudniejsze. Bo ani to początek, ani koniec… Trzecie kółeczko daje poczucie, że jest coraz bliżej końca. Energia powoli ożywa. Trochę marszu, a jednak bieg… Próba wyparcia rzeczywistości 😉 Może odpuszczą nam na końcu tą „fajną” górkę? Może ostatni odcinek wygląda inaczej? I nagle słyszę uderzenia w bęben… Raz jeszcze pragnę dziś przeprosić mijaną zawodniczkę… Za te niecenzuralne słowa… Serio przepraszam i potwierdzam… Przeklinanie w takich chwilach bardzo mocno mnie relaksuje!

Zebranie energii do pokonania górki… Wejście na nią. Zbieg. Ostatni odcinek… Przyspieszenie. Całkiem dobre. Ściganie innej zawodniczki . A jednak przekroczyła linię mety o 1 sekundę szybciej niż ja 🙂 Ale miło było tak razem wbiegać! META. Widzę tylko czyjąś łapkę, która wręcza mi medal… Łapię go… Koniec! Finish! Jea!!!

Rozglądam się za moim najbardziej wytrwałym fanem, który mocno stukał w patyczki i zagrzewał swoją mamę do walki!!! No cóż… Nie ma Go… Minutę temu chęć powitania mamy na mecie przegrała z pokusą zjedzenia babcinych racuszków…

Dystans 10 km pokonałam w czasie 1:05:48. To mój najlepszy czas na chwilę obecną 😉 W mojej kategorii wiekowej byłam 15 na 20 zawodniczek. Całkiem fajny wynik. Wiem, że mogło być lepiej, gdzieniegdzie mogłam bardziej przycisnąć, nie odpuszczać. Mogłam 🙂 Wszystko przede mną. Bieganie uczy mnie respektu, słuchania swojego ciała, taktyki, cierpliwości. Bieganie uczy wytrwałości, determinacji, wiary w siebie! Bieganie pokazuje jak wiele możesz zdziałać! Głową!

Kolejne zawody we wrześniu…